Moje wrażenia



Początki

Fotografią interesowałem się od dawna. Właściwie, zawsze chciałem coś tworzyć, kreować. Bogowie poskąpili mi jednak zdolności do pędzla i kreski. Filmem nie chciałem się babrać, pozostała więc... fotografia.
Na początku fotografowałem czym popadło - czyli tym, co miałem w domu. Była to idiotkamera - Minolta, model Riva 100 AF. Nie była (własciwie nie jest, bo nadal gdzieś tam leży - tyle że już jej nie używam) zła. Ma nie najgorszą optykę, system korekcji 'czerwonych oczu', sama dobiera czas naświetlenia... dobrze ją wspominam. Co to jednak za aparat, który zrobi za mnie wszystko sam? Moim zdaniem, odbiera to całą przyjemność fotografii.
Jakieś dwa lata temu poznałem faceta, który sprowadził moje marzenia o lustrzankach spod chmur trochę niżej. Przez jakiś czas pozwalał mi używać swojego Nikona. Ech, zakochałem się... Ale Nikon, jak to one, miał jedną poważną wadę: wysoką cenę. Musiałem więc z niego zrezygnować. Facet po jakiś czasie wyprowadził się, a ja... ja znów przesiadłem się na małą Minoltę.
Wiosną 2002 okazało się, niezwykle dla mnie szczęśliwie, że moja koleżanka (pozdrowienia, Gosiu!!) z roku interesuje się trochę fotografią. Pokazała mi pożyczonego od koleżanki Zenita ET. Trochę wstyd przyznać, ale do tamtej chwili w ogóle nie wiedziałem o istnieniu lustrzanek typu Zenit czy Practica.
Zenit ET jest starszym od 12XP czy TTL modelem, wyposażonym w światłomierz selenowy (zewnętrzny). Prawdę mówiąc, więcej widzę w tym wad niż zalet. Zaleta jest taka, że aparacik nie wymaga baterii, wady - pomiar światła jest odrobinę niewygodny, bo żeby odczytać wskazanie światłomierza, trzeba odjąć aparacik od oka i choć nieznacznie go opuścić, co często zmienia warunki pomiaru, poza tym ustawienia czasu/przysłony należy odczytać ze specjalnej tabelki. Światłomierz selenowy mierzy także światło bardzo szeroko (w odróżnieniu od pomiaru światła przez obiektyw, który znalazł zastosowane w modelach 12XP, TTL i nowszych), co wprowadza niepotrzebne błędy pomiaru. Poza tym - element selenowy traci pod wpływem czasu swoją czułość - co ma niebywałe znaczenie przy kilkunasto-, kilkudziesięcioletnich Zenitach.
Egzemplarz, z którym dzięki koleżance się zetknąłem, nie był całkowicie sprawny. Jego uszkodzenie dotyczyło światłomierza. Trzeba więc było robić zdjęcia 'na czuja'. Na szczęście było słoneczne lato, więc większość zdjęć robiliśmy przy 1/500s, czasem przy 1/250s. Od niej to, i dzięki niej, dowiedziałem się ostatecznie o istnieniu rosyjskich, tanich lustrzanek. Wtedy się zaczęło...


Mój Zenit 12XP

Kupiłem go wczesnym latem 2002 na Allegro. Jak na szpilkach czekałem na przyjście paczki. W końcu...
Miałem szczęście. Za nieduże, moim zdaniem, pieniądze, dostałem aparat w doskonałym stanie technicznym, z lekko poobcieranym na narożnikach lakierem, (co jest wspólną cechą wszystkich Zenitów - kwestia budowy kabury) czarną skórzaną kaburą, dodatkowym obiektywem (Mir 37mm - szerokokątny) i lampą błyskową. Aparat miał nawet zaślepkę na lampę błyskową! Prawdę mówiąc, udało mi się jej jeszcze nie zgubić.
Znalazłem w szafie nieużywany przez nikogo statyw - kupiony początkowo do kamery, ale że śruba mocująca jest standardowa, nie miałem problemu z połączeniem go do aparatu. Z biegiem czasu dokupiłem też wężyk spustowy - niezbędny do fotografii nocnych oraz gumową osłonę przeciwsłoneczną - ma dużą zaletę, że włożona do plecaka nie ulegnie pęknięciu. Potem kupiłem szeroki pasek, żeby wygodniej było mi nosić aparat na szyi (oryginalny pasek od kabury jest dość wąski, co przy wadze aparatu - prawie 1kg, jest rzeczą, w przypadku kilkugodzinnej wyprawy, niebagatelną). Fakt, że pasek ma oryginalne logo Zenit - jest tylko małym wybrykiem mojej próżności :-). Wiosną 2003 kupiłem też światłomierz - do zdjęć nocnych (wychodzą rewelacyjnie!!), gdzie pomiar światła musi być dokonany z osobnego urządzenia. Przy czasie B Zenit pokaże zawsze, że światła jest za mało. Zupełnie niedawno zdobyłem jeszcze pierścienie makro. To otworzyło przede mną zupełnie nowy świat fotografii: powiększenia roślin, owadów, drobnych elementów przestały być tajemnicą.


Wrażenia właściwe:

Jestem bardzo zadowolony z tej lustrzanki. Wiele się mówi, że Zenit to idealny aparat do nauki fotografowania, doskonały jako pierwszy. Zgadzam się z tym. Jego masywna metalowa (w przypadku modeli 12 i starszych) obudowa zapewnia trwałość i odporność na uszkodzenia. Jest jeszcze inna rzecz: duża bezwładność przeciwdziała przypadkowym drgnieniom ręki. Przy krótszych czasach tego nie widać, ale przy dłuższych - zaczyna mieć znaczenie. Ma to także negatywną stronę - aparat nie posiada praktycznie żadnej ergonomii: jest kanciasty i trochę, dla niewprawionego, niewygodny. Pochodzi jednak z czasów i kraju, gdzie ergonomia nie była słowem używanym powszechnie :-).
Nowe modele Zenitów, począwszy od 122, są już wykonane z plastiku. Są lżejsze, wygodniejsze i... o wiele mniej wytrzymałe. Wiadomo - plastik. Moim zdaniem modele 12XP i TTL były ostatnimi udanymi modelami Zenita.
Różnica między TTL i 12XP polega na sposobie podania wyniku pomiaru światła. TTL posiada wskazówkę, która, zależnie od natężenia światła i ustawień aparatu, unosi się w górę lub opada w dół (optymalne wskazanie - wskazówka na środku), a 12XP wyświetla wskazanie dwiema diodami (górna - prześwietlenie, dolna - niedoświetlenie. Optymalne wskazanie aparat sygnalizuje naprzemiennym miganiem obu diod). Oba rozwiązania posiadają swoje zalety i wady. W modelu TTL wskazówka staje się mało widoczna lub wręcz znika w przypadku przymknięcia przysłony (podgląd głębii ostrości). Za to fotografujący widzi, ile brakuje mu do optymalnej ekspozycji (ma świadomość, jak bardzo strzałka 'odbiega' od środkowej pozycji). W 12XP dioda uparcie świeci wskazując albo niedoświetlenie, albo prześwietlenie, w dodatku 12XP ma tendencję do naświetlania lekko błony z prawej strony na czerwono przy zdjęciach nocnych - przy długim czasie naświetlania. Można temu przeciwdziałać wyjmując wcześniej baterie.
Pomiar światła w nocy i tak jest w przypadku Zenita (nie wiem, jak jest w innych aparatach) bezsensowny, ponieważ przy ustawionym czasie B (migawka jest otwarta tak długo, jak długo wciśniety jest spust aparatu) aparat zawsze wskaże niedoświetlenie. Należy tutaj posłużyć się światłomierzem (ja używam z powodzeniem rosyjskiego światłomierza Leningrad-6, który ma bardzo szeroki zakres czasów - nawet do kilku godzin).

Pisząc wcześniej o szczęściu, jeśli chodzi o mój model Zenita, nie byłem gołosłowny. Jakość Zenitów jest różna w zależności od egzemplarza. Począwszy od spustu, który w niektorych aparatach 'chodzi' lekko, a w innych z wyczuwalnym oporem, przez dźwignię naciągu filmu (która w niektórych egzemplarzach lubi pracować ciężej niż w innych), aż po pracę obiektywu: przysłonę i pierścień ostrości. Mój pracuje z dużymi oporami, co zapobiega przypadkowej zmianie ostrości, ale widziałem już obiektywy, które pracowały bardzo lekko.
Licznik zdjęć. Moim zdaniem, najgorszy i najbardziej zawodny element Zenita. Przy pustej komorze filmu i zabawie aparatem zauważyłem, że co kilka klatek wskaźnik nie przeskakuje przy ponownym naciągu kliszy, ale za to przy następnym przeskakuje o dwie jednostki. Sumarycznie daje te 36/36, ale czasem można się pomylić... Poza tym licznik jest tak skonstruowany i umiejscowiony, że w każdej chwili daje użytkownikowi możliwość umyślnej lub nie, ingerencji. Zdarzało mi się że przekręcał się, bo... zamykałem lub otwierałem kaburę. Nie należy wierzyć jego wskazaniom.


Zenit 12
Ostatni z 'Pancernych'?

Wielu ludzi (należę do ich grona) twierdzi, że model 12 jest ostatnim dobrym modelem Zenita. Wiele ich było... Sam model TTL powstał w ilości 1,6 miliona sztuk. Zenit 12 jest nieco rzadszym aparatem - jest 'tylko' 1,19 miliona egzemplary. Są to: 12S (ze wskazówkowym wskaźnikiem światłomierza), 12CD (wersja krajowa) i 12XP (wersja eksportowa). Jeśli doliczymy do tego wersję Sniper (FS-12), która także miała trzy wersje, osiągniemy końcową liczbę 1.29 miliona aparatów Zenit 12.
Zenit 12 jest ostatnim z całkowicie metalowych Zenitów. Prawdopodobnie ten właśnie aparat zamyka erę metalowych aparatów fotograficznych. Niestety, nie wszystkie 'dwunastki' zbudowane są całkowicie z metalu. Punkt zwrotny dla obudów plastikowych nastąpił około roku 1989, kiedy KMZ zrobiło górny fragment obudowy Zenita 12 z plastiku..


Inne modele

W czasie ostatnich lat spotkałem się z kilkoma innymi modelami Zenita, co do których, dzięki uprzejmości właścicieli (odpowiednio: Iza, Ula, Agnieszka), miałem dostęp. Wszystkie one posiadają pomiar światła przez obiektyw (TTL).

19. Wcześniej nie miałem pojęcia o istnieniu tego modelu. Od 'dwunastki' różni się na pierwszy rzut oka wyglądem: dzięki inaczej umiejscowionemu (lub o innym kształcie) pryzmatowi ma wyższy 'łeb', co dla mnie, przyzwyczajonego do 'klasycznych' Zenitow (E, ET, TTL, 12) wyglądało nieco dziwnie. Ważniejszymi od wyglądu są jego parametry: skala czasów jest o wiele dłuższa: rozciąga się juz od 1/1000 sekundy (której czasem w 'dwunastkach' brakuje), aż do 2 sekund, i oczywiście obowiązkowym czasie B. Światłomierz został wzbogacony o trzecią diodę, która pokazuje poprawną ekspozycję. Ta akurat zmiana jest tylko kosmetyczna, bo czy odczytam pomiar z trzeciej diody czy z migających dwóch poprzednich, ma niezbyt duże znaczenie. Ostatnia zmiana, jaką udało mi się zauważyć to osobny przycisk włączający pomiar światła. Dla nie przyzwyczajonego do 'dwunastek' użytkowników może to mieć znaczenie. Ja przyzwyczaiłem się już do tego, że i pomiar światła, i podgląd głębi ostrości i wyzwolenie migawki znajdują się w tym samym przycisku.

122. Pomijając fatalny stan techniczny, do jakiego doprowadziła właścicielka oglądany przeze mnie egzemplarz, to jeśli chodzi o porównanie tego modelu do 'dwunastek', mogę powiedzieć tylko o zmianie obudowy i światłomierza, skala czasów jest bowiem taka sama. Od razu widać, że model jest nowszy. Plastikowa obudowa różni się od 'dwunastki' materiałem i czasami drobnymi szczegółami. Światłomierz posiada już trzy diody, podobnie jak to jest w modelu 19. Inna jest także matówka: tutaj, zamiast pryzmatycznej, mamy do czynienia z klinową. Oba typy matówki mają swoje wady i zalety: używanie pryzmatycznej jest nieco utrudnione w warunkach kiedy ilość światła jest ograniczona, a używanie matówki klinowej sprawdza się dobrze wtedy, kiedy mamy do czynienia z pionowymi obiektami typu pnie drzew, słupy, budynki. Gdyby jednym zdaniem określić różnice między 122 a 12, powiedziałbym, że tutaj starszy model wygrywa. Trzecia dioda nie jest żadnym ulepszeniem, podobnie jak plastikowa obudowa. W tym przypadku aparat jedynie nieznacznie zyskał z powodu zmniejszonej wagi, ale poważnie stracił na wytrzymałości.

312. Jeśli chodzi o ten model, to różnice są podobne jak w modelu 122. Tutaj jednak obudowa wyraźnie zyskała na atrakcyjności i pierwsza myśl jaka się nasuwa, kiedy widzi się ten model, to że jest... ładny. Plastikowa obudowa posiada zaokrąglone brzegi, ułatwiające trzymanie aparatu w dłoniach. Inaczej zaprojektowany standardowy obiektyw (Helios) także posiada zaokrąglenia, dzięki którym całość wygląda dobrze. Wyraźnie czuć też, że aparat jest lżejszy. Ogólne wrażenie, kiedy ma się do czynienia z modelem 312, to że aparat jest delikatny i kruchy. Spotkałem się ze stwierdzeniem osoby nie związanej (wówczas) z fotografią i dzięki temu obiektywnej, że 'dwunastka' jest wygodniejsza, że 'lepiej się ją trzyma'. Dla mnie, przyzwyczajonego do kanciastych kształtów mojej lustrzanki, trzymanie wygodnej '312' było dość dziwnym wrażeniem. Jeśli chodzi o światłomierz i matówkę, to bardzo przypominają te z modelu 122. Światłomierz pokazuje pomiar na trzech diodach, matówka jest klinowa. Zakres czasów, niestety, jest taki sam jak w starych 'dwunastkach'. Wszystkie zmiany dokonane w modelu 312 sprawiają wrażenie kosmetycznych, bez których aparat nie straciłby na funkcjonalności.

Jak zauważyłem, nie wspomniałem nic o synchronizacji aparatu z lampą błyskową. Model 19 posiada synchronizację przy 1/60s, a modele 122 i 312 - przy 1/30s.


Marzenia autora: